piątek, 28 marca 2014

Mól książkowy wychodzi z cienia

Jestem molem książkowym i jestem z tego dumna. Aż dziw bierze, że mimo setek przeczytanych książek mój wzrok nadal nie gorszy jest od sokolego. Może dlatego, że już na samą myśl o poznaniu bohaterów kolejnej lektury aż cała promienieję i z radości błyszczą mi oczy. :) Dobrze, że nie świecę w ciemności, bo to już by mogło być odrobinę przerażające.

źródło: creoflick.net

Moja miłość do książek do niedawna była powiązana z bólem. Głównie mojego kręgosłupa, a nie portfela jak mogłoby się części z was wydawać (książki można też wypożyczać o czym pisałam tu KLIK).  Z racji, iż nie lubię szybko rozstawać się z bohaterami poznawanych właśnie historii, starałam się zawsze wybierać tytuły nie krótsze niż 500 stron. Czytany przeze mnie wolumin lubię mieć zawsze przy sobie w torebce, a ta wypchana po brzegi (oczywiście tylko potrzebnymi rzeczami jak kosmetyki, przekąski, śrubokręt...) staje się jednocześnie niesamowicie ciężka. Kręgosłup cierpi, torebka się rwie ale ja nie nie chcę rezygnować z wielkich tomiszczy. I co tu zrobić?

Tak było do niedawna


Jakiś czas temu trafiłam na tego oto bloga: swiatczytnikow.pl . Domyślam się, że części z was jest on doskonale znany. Autor witryny, Robert Drózd dzieli się z internautami swoją wiedzą na temat czytników e-booków. Znajdziecie tu wskazówki dotyczące obsługi sprzętu, testy nowych modeli i informacje o promocjach elektronicznych książek. Ten blog pochłonął mnie bez reszty i zakochałam się w rekomendowanym przez pana Roberta, Kindlu. Powiedziałam sobie: "chcę go mieć!". Chociaż przyznaję, że zanim ta decyzja we mnie dojrzała, jej podjęcie poprzedzone było ogromną wewnętrzną walką. Bo jakże to tak książkę na ekranie czytać? Jak się nią rozkoszować bez zapachu świeżego druku? Jak żyć bez półek pełnych pięknie oprawionych tomów?

Puknęłam się jednak w moją rudą główkę wyrzucając z niej wszelkie wątpliwości. Tradycyjne książki i tak zawsze będą w moim domu (mam już sporą biblioteczkę i zamierzam ją jeszcze rozbudować). Wąchać książki mogę nadal, bo tego uzależnienia wyleczyć się nie da (nawet nie próbujcie). A ekran w Kindlu oczu nie męczy i mały nie jest, więc problem znika sam.

Wygrzebałam więc drobniaki ze świnki, zatrudniłam koleżankę do szmuglowania Kindla ze Stanów (wiecie, cło) i od kilku dni jestem szczęśliwą posiadaczką tego elektronicznego cudeńka. Jeden dotyk wystarczył bym oddała się mu na wieki (lub do momentu, aż ze starości lub innego nieszczęścia padnie). Zrobiłam wszystko co początkujący użytkownik zrobić powinien (rejestracja, personalizacja, pierwsze książki oraz oczywiście zakup okładki, bo bez tego ani rusz!).

kindle
A tak jest teraz (ale wino piję nadal) :)
Minął właśnie tydzień od pierwszego włączenia Kindla i myślę, że mogę już wskazać  plusy i minusy czytania książek na ekranie. Zatem:

PLUSY
  • możliwość posiadania przy sobie nawet 1000 książek (ale myślę, że na początek 3 wystarczą),
  • koniec z dylematem czy brać w podróż ciężką knigę, do której końca zostało mi 10 stron czy poczekać do momentu gdy będę mieć czas na lekturę (katorga dla każdego książkożercy), 
  • koniec wypchanych toreb i bolącego kręgosłupa!
  • mogę czytać książki w każdym oświetleniu ( nawet w egipskich ciemnościach),
  • w chwilach kryzysu energetycznego na smartphonie i przy dostępie do WiFi, mogę sprawdzić pocztę i FB (czarno - biało, ale działa),
  • w zapchanym autobusie jedną ręką trzymam się rurki a drugą zmieniam strony czytanej powieści,
  • na Kindlu mogę czytać również prasę (lubię być na bieżąco),
  • wow taki lans, wow takie ładne, takie amerykańskie, wow! :)
MINUSY:

  • brak zapachu druku (prawdziwy narkotyk),
  • nie widzę ile jeszcze zostało stron do końca książki (pasek pokazujący procenty i czas do ukończenia książki, to nie to samo co przekładanie zakładki)
  • rzadko, bo rzadko ale jednak baterię ładować trzeba
  • czasami trzeba długo czekać na wydanie książki w wersji elektronicznej 

źródło: hopaj.pl
Więcej minusów nie znajduję (przynajmniej jak na razie). Jestem zadowolona z tego elektronicznego gadżetu i polecam go wszystkim miłośnikom słowa czytanego. Jeśli myślicie o zakupie Kindla lub innego czytnika to nie wahajcie się dłużej. Warto. A jeśli już posiadacie swojego Kundelka, to jak się u was sprawuje? Może widzicie więcej jego minusów? Dajcie znać w komentarzach.
Categories:

2 komentarze:

  1. Nigdy nie rozumiałem książkowych purystów, dla których zapach farby drukarskiej (fuj...) zdaje się być ważniejszy od treści książki. Ebooki to dla mnie wynalazek tak samo genialny i przełomowy, jak wynalazek Gutenberga. Czytników jednak nie używam, bo w pełni wystarcza mi ekran telefonu. Może jest mniejszy i nie tak wygodny, ale nie muszę nosić dodatkowego urządzenia. Jedynym minusem całej zabawy jest to, że nie wszystkie książki mają swoje cyfrowe wersje a niektóre są przygotowane fatalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie tyle o sam zapach chodzi,co o tą możliwość dotknięcia książki, przekartkowania jej, pogłaskania okładki... Może to trochę dziwne ale każdy jakieś dziwactwa mieć musi. :)
      A co do czytania książek na telefonie. Też 3 czy 4 tak przeczytałam ale na dłuższą metę to nie dla mnie. Za mały ekran, telefon rozładowuje się za szybko i niewygodna nawigacja.

      Usuń