środa, 9 kwietnia 2014

Kuchnia pełna nienawiści

I stało się. Kolejne amerykańskie show przeniesiono na nasze polskie podwórko. Hell's Kitchen, bo o nim tu mowa, miało swoją premierę wczoraj wieczorem w telewizji Polsat. Za Gordona Ramsaya robi tu Wojciech Modest Amaro, który w programie ma być gorszy od samego Lucyfera. Właściciel jedynej polskiej restauracji z gwiazdką Michelin, ma za zadanie, za każde najmniejsze przewinienie gnoić podzielonych na dwie grupy uczestników programu  Są to, osoby (podobno)doświadczone w swoim fachu, a ich największym marzeniem jest rozpocząć pracę w prowadzonej przez Amaro restauracji. Pytanie, czy gra jest warta świeczki?



Nie będę tu rozpisywać się na temat zasad rywalizacji, bo pewnie większość z was widziała choć jeden odcinek pierwowzoru. W skrócie, mamy tu dwie drużyny (kobiety vs mężczyźni), które w prawdziwej restauracji przygotowują posiłki według menu obmyślonego przez piekielnego szefa. W amerykańskiej wersji, szef Ramsay nie szczędził uczestnikom przykrych słów. Bluzgał często i gęsto, rzucając takie kwieciste wiązanki jak ta: - "Ty pierdolony ośle! Wolałbym zjeść psie gówno niż to, co ugotowałeś! Wypierdalaj stąd!". "Oddaj fartucha" z tvn-owskiego Master Chefa jest przy tym pieszczotą.




Pierwszy odcinek "Piekielnej Kuchni", miłośników ostrego jechania po innych, z pewnością nie zawiódł. Amaro równo pluł jadem na wszystkich. W konkurencji na popisowe danie, tylko jedno przypasowało podniebieniu restauratora. Swoją drogą to ciekawe, jak kucharze swoje najlepsze dania, mogli tak bardzo spieprzyć? Po co jedna z uczestniczek bierze się za węgorza skoro ma problemy z jego oskórowaniem? Chęć popisania się? Możliwe. Ale istnieje wiele innych dań, nie mniej ciekawych, które można niebanalnie przygotować i podać na talerzu. No i mili Państwo, oblizywanie łyżki, którą z powrotem wciska się do dania, to zwyczajne przegięcie. W domu to można i całą łapę do sosu włożyć, ale w restauracji? Stres? A może głupie przyzwyczajenia? 



Najważniejszym zadaniem każdego odcinka jest kolacja dla "prawdziwych" (jak podkreślano w programie) gości, w tym jednego specjalnego. W pierwszym odcinku przybył polansować się "znany aktor" Marek Włodarczyk. Kucharze zaś po ciężkim dniu nie mieli czasu na odpoczynek. Amaro dał im swoje menu i kazał wykuć każde danie na blachę. Jak łatwo się domyślić nikomu się to nie udało, dzięki czemu mogliśmy posłuchać kolejnej wypikanej wiązanki epitetów w wykonaniu szefa "Piekielnej Kuchni"

Przyglądając się i przysłuchując temu co się działo na ekranie, odniosłam wrażenie, że tych 14 uczestników to zgraja przypadkowych, ściągniętych z ulicy ludzi. Jakiś rockman, jakiś Włoch, starsza pani rodem z baru mlecznego. Jest też dziewczątko z kokardką na głowie i dziecinnym głosikiem w zestawie oraz chłopak ze zbyt wysokim mniemaniem o sobie i niesamowicie niską kultura osobistą. Doświadczeni kucharze, nawet nie znający w pełni menu, powinni umieć poradzić sobie z podstawowymi zadaniami takimi jak smażenie blinów czy polanie sałatki dressingiem. Jeśli dobrze pamiętam 3 nieudane próby wydania prostych przystawek nie świadczą dobrze o profesjonalizmie przygotowujących je osób. A Amaro rzucający talerzami? Phi! Magda Gessler robi to nagminnie. 



Mimo, że znam pierwowzór programu i dość często go oglądałam, to polska wersja nie przypadła mi do gustu. Nieporadni uczestnicy, rozwrzeszczany i nienaturalny szef kuchni oraz nachalna reklama fixów nie budzą we mnie sympatii. Swoją drogą przygotowywanie sosu z torebki? Czy to się wam nie kłóci z ideą dobrego gotowania? I jeszcze te krzyki, pretensje, podkładanie sobie świni. Czy praca w kuchni jest aż tak nieprzyjemna? Ja rozumiem nerwy, presję czasu, ale czy uczestnik programu będący wielkim facetem ma prawo drzeć mordę na znacznie mniejszą od niego uczestniczkę, która poprosiła o udostępnienie zagarniętych ze spiżarni składników? Czy warto tracić nerwy przez kogoś, kto ma grać wrednego szefa i ku uciesze gawiedzi, mieszać uczestników z błotem? 


Przyznaję, perspektywa zgarnięcia 100 tysięcy złotych i praca w najlepszej restauracji w Polsce, jest kusząca. Ale z drugiej strony, skoro umiesz gotować, jesteś zdeterminowany i gotowy do ciężkiej pracy, to bez tego programu dasz sobie radę w gastronomii. Jeśli jednak brak ci talentu i zapału to nawet 100 tysięcy nie pomoże. Do końca życia będziesz gotował w marnej knajpce marząc o restauracji na miarę Atelier Modesta Amaro. To jak? Jesteś zwycięzcą?

1 komentarz:

  1. Bardzo lubię programy kulinarne. Rzeczywiście mają one służyć wyłącznie rozrywce, dla zwykłego widza.

    OdpowiedzUsuń