środa, 30 kwietnia 2014

Majówkowe wariacje czyli urlop po polsku

Zaczęło się wielkie odliczanie do Długiego Majowego Weekendu. Radio, prasa i telewizja już od tygodnia wróżą z fusów próbując przepowiedzieć nam pogodę na czterodniowe lenistwo. Póki co straszą sporym ochłodzeniem, a gdzieniegdzie nawet deszczem. Strach się bać, czas narzekać i planować sobie czas. Ja, w związku tym całym urlopowym szałem, pomyślałam sobie, że dziś wam przedstawię moje około weekendowe przemyślenia. 


Prawdziwy Polak do majówkowej laby przygotować powinien się już w styczniu. Początek roku wiąże się z dziesiątkami prasowych artykułów o różnorakich świętach  i powiązanych z nimi dniami wolnymi. Panowie redaktorzy prześcigają się w sprzedawaniu nam sprytnych pomysłów jak stawić sobie urlop, by odpoczywać dłużej. Kto w tym roku dobrze kombinował, ten już od świąt wielkanocnych leży pod gruszą (albo pod palmą, jeśli grosza mu nie brakuje). Kto się w porę nie ogarnął, majowy odpoczynek zaczyna dopiero dziś. 

Jak wygląda nic nie robienie po polsku? Szkoły są dwie. Albo rzucasz wszystko w cholerę i jedziesz na Mazury/nad morze/w góry/gdziekolwiek byle dalej i z grillem pod pachą (niepotrzebne skreślić) albo planujesz remont. Dni wolne od pracy to dla wielu naszych rodaków doskonały moment na przemalowanie ścian w kuchni lub kucie ścian w łazience celem nowych płytek położenia. A potem taki jeden z drugim wraca do pracy dwa razy bardziej zmęczony niż wtedy, gdy 4 dni wcześniej z niej wychodził. 


Oczywiście każdy Polak do weekendu odpowiednio przygotować się musi. Wejście do sklepu dzień przed 1-szym maja i wyjście z niego bez urazu na ciele i umyśle często graniczy z cudem. Tłum majówkowych urlopowiczów koniecznie MUSI zrobić ogromne zapasy jedzenia, bo przecież 1-szego sklepy zamknięte. Nic to, że 2-go wszystko działa jak bug i fiskus nakazał. Ludzie wychodzą więc ze sklepu z 20-kilogramowymi siatami pełnymi bułek, kiełbas, (bo grill) oraz innej spożywki. Oczywiście wiadomo, że Polak nie wielbłąd i pić musi, a żaden grill bez zimnej wódeczki i kilku piw się odbyć nie może. Czteropak złocistego trunku to za mało. Zgrzewka sztuk 24 może, powtarzam może, styknie. 

I tak oto Polak prawdziwy wyrusza w podróż np. ze stolicy naszej pięknej ku łąkom zielonym, jeziorom głębokim czy po prostu na działkę od teściów w prezencie ślubnym otrzymaną. Na odpoczynek oczywiście postanowił wyruszyć o tej samej porze, co kilka tysięcy jemu podobnych i po jakiś 3 km od swojego osiedla stoi w długim i jakże malowniczym korku stąd do nieskończoności. Czy to aleja Krakowska czy ulica Puławska wszyscy jak jeden mąż klną, na czym świat stoi obrzucając inwektywami siebie wzajemnie , cudze matki, babki i siostry cioteczne. Dzieci płaczą, żona strzela focha, a ojciec rodziny od tego wszystkiego ma już stan przedzawałowy. I wszystko po to, by wreszcie odpocząć.


Gdy już nareszcie uda się zmienić miejsce pobytu, co robią nasi drodzy urlopowicze? Ano narzekają. Głównie na to, że ceny noclegów takie wysokie, jedzenie niesmaczne i drogie oraz, że pogoda taka kiepska. Nawet, jeśli żar leje się z nieba będą psioczyć, że tak gorąco i przy grillu siedzieć się nie da. Do tego te komary, muszki i pyłki. Dym atakuje prosto w twarz, kiełbasa z promocji jakaś zielona, a piwo się zagrzało, bo lodówka padła. Wszystko nie tak, wszystko do bani. A nie lepiej było w dom, przed telewizorem posiedzieć?


Drodzy czytelnicy oczywiście, jeśli ktoś z was jeszcze nie wyczuł tekst jest ironią na wskroś podszyty. Sama cieszę się jak dziecko z gwiazdowego prezentu, że przede mną cztery dni lenistwa. Będę późno chodzić spać, bo rano żaden alarm w domu nakazujący iść do pracy nie zadzwoni. W planach są rowery, piesze wycieczki i łowienie ryb nad rzeką. A wieczorkiem może grill lub ognisko w gronie znajomych. A jeśli pogoda nie dopisze? Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Będę kontynuować akcję, o której pisałam w tym poście (KLIK). Ja zamierzam odpocząć i radosna jak skowronek wrócić w poniedziałek do pracy. Życzę więc i sobie i wam spokoju, radości i słodkiego lenistwa oraz smacznej kiełbasy przez cały Długi Majowy Weekend. Buźka majówkowicze!


7 komentarzy:

  1. Oj nie zapominaj o biednych i zalęknionych maturzystach, którzy nie wiedzą już w jaką książkę ręce włożyć. Tekst super. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O racja, racja. Chyba coś na temat matury skrobnę, co by podnieść albo bardziej dobić. Jeszcze nie zdecydowałam ;)

      Usuń
  2. Majówka - ja czekałam na nią od poprzedniego roku, zawsze się coś pozytywnego dzieje, wolne od szkoły, koncerty i czas ze znajomymi :)
    Zapraszam do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie, są jeszcze maturzyści :D Ale nie dobijaj nas... lepiej podnieść na duchu, wszak ona nie jest chyba aż tak straszna? ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co pamiętam, nie tak straszna jak kolosy na studiach ;)

      Usuń
  4. Ironia, uszczypliwe uwagi, trafne obserwacje - a wszystko przesycone nieskrywaną radością! Takie życie ;-)
    Naprawdę fajny tekst.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Trafione w punkt! Dzięki za odwiedziny - pozdrawiam ; )

    OdpowiedzUsuń