czwartek, 3 kwietnia 2014

Polskie kino atakuje czyli premiera komedii "Kochanie chyba cię zabiłem"

Byłam ci jak wczoraj na premierze kolejnej super (jak głoszą trailery) polskiej komedii. A przepraszam, zapomniałam o słowie czarnej. Byłam więc na polskiej czarnej komedii o beznadziejnym tytule "Kochanie chyba cię zabiłem". Ja nie wiem, co reżyserowi do łba strzeliło, żeby tak durny tytuł swemu dziełu nadać. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam w TV zwiastun tego filmu, przez słaby tytuł automatycznie miałam  skojarzenia z "Kac Wawą" czy "To nie tak jak myślisz kotku". Dwie najgorsze komedie ever. Na szczęście nie było aż tak źle. Ale po kolei.

fot. Marta Gostkiewicz
OPRAWA IMPREZY

Uroczysta premiera (taka informacja widniała na zaproszeniu) odbyła się wczoraj w warszawskiej Kinotece. Już od wejścia witał gości czerwony dywan niczym na Festiwalu w Cannes. Tylko ta ścianka jakaś marna, liczba fotoreporterów niewielka, gwiazdy jakieś takie ni z twarzy ni z nazwiska. No może poza Zamachowskim trzymającym za łapkę Richardson. Pozostałe gwiazdy miały lepsze zajęcia na ten wieczór.

Przybyły za to młode twarze, między innymi grająca rolę Wiki, Anna Karczmarczyk, która przyznam wyglądała pięknie ubrana w srebrną sukienkę do kolan. Był tylko jeden problem. Bardziej niż jej grę aktorką zapamiętałam właśnie tę kieckę, której dekolt sięgał niemal do pępka. Po co, ach, po co młoda dziewczyno w ten żenujący sposób lansować się próbujesz? Cycki zawsze na pierwszym planie, a gdzie talent?

źródło: kozaczek.pl

Kiedy cała ekipa przybyłych na premierę gwiazd przedefilowała przez czerwony dywan, otrzymując po drodze przydziałową różę (niemalże jak gózdzki na dzień kobiet) i karnie ustawiła się w rządku, Monika Richardson oddała głos reżyserowi Kubie Nieścierow. Powiem wam, że młodo wyglądający 37-letek był pełen wiary i nadziei, ze jego dziecko okaże się sukcesem. Zniecierpliwiona publiczność dowiedziała się, że "rysując" swój film inspirował się dziełami braci Coen, gdzie trup ściele się gęsto. Już teraz wam powiem, że "Ladykillers..." to to nie jest.

FILM

Kiedy już zasiedliśmy wygodnie w fotelach, po obejrzeniu kilku reklam sponsorów, film nareszcie się rozpoczął. Na początek rysunkowe intro, jakże zbyt często używane w polskim kinie. W głowie mej pojawiło się, niemal automatyczne, skojarzenie z inną black polish comedy "Ciało". Swoją drogą był to całkiem udany obraz, więc i u mnie pojawiła się sie nadzieja, że ten rodzący się przez 6 lat (!) film będzie choć trochę śmieszny. 

Ale spytacie, o co w nim w ogóle chodzi? Ano mamy dwóch śledczych Wierzbowskiego i Grasia, dumę dochodzeniówki, z których pierwszy (w tej roli Ireneusz Czop) chce być jak Clint Eastwood, ale póki co  jedynym jego osiągnięciem jest wysłanie już czterech swoich partnerów na rentę inwalidzką. Graś zaś (zabawny Ireneusz Jakubik) to niewychylający nosa za biurka, przesądny jegomość z kotofobią, określany na komendzie czułym mianem "debila". Mamy też księgowego Pokojskiegio (sympatyczny Zbigniew Zamachowski), który całkiem przypadkiem zabija swoją niewierną małżonkę (Iza Kuna, zbyt krótko na ekranie, by oceniać) oraz byłego już szefa (Leszek Lichota). Śledczy, którzy dotychczas zajmowali się mało ważnymi sprawami trafiają w sam środek pościgu za księgowym - kilerem. Ten zaś, próbując odzyskać nagranie, na którym widać jak zabija swoją żonę, pędzi przez pół polski po pieniądze za okup. A trup ściele się gęsto.

A teraz o inspiracji braćmi Cohen, którą o dziwo można w filmie dojrzeć, chociażby w rolach młodych szantażystów, ciapowatego nieudacznika Kacpra (Marcin Korcz) i jego nijakiej dziewczyny Wiki, w której on jest na zabój zakochany. Pamiętacie rolę Brada Pitta w "Tajne przez poufne"? To coś w ten deseń (nawet rower jest!).

źródło: portalfilmowy.pl

Moje zastrzeżenia do filmu dotyczą przede wszystkim  nadmiernego przerysowania niektórych postaci (szef wypożyczali DVD). Wypada też wspomnieć o sposobie, w  jaki twórcy filmu chcieli wywołać śmiech na widowni. Wiecie, na czym śmiano się najczęściej? Kiedy bohaterowie słali ku sobie soczyste kurwy i chuje. O ile te z ust Jakubika brzmiały jakoś tak bardziej autentycznie (5 x chuj, pod rząd!), to już "ja pierdole" Czopa, było niczym mało emocjonalne odczytanie kwestii przez lektora. Pierdolenie bez emocji, jest jak wynajęcie prostytutki do rozmowy o życiu. Bez sensu po prostu.

Przyznam, że "Kochanie chyba cię zabiłem" momentami naprawę bawi. Kilka scen sytuacyjnych wywołano nie mały rechot na sali, mi też kącik ust drgnął kilka razy. Choć przyznam, że część scen była ewidentną kalką z innych znanych mi filmów komediowych. Jeśli obejrzycie "Kochanie..", łatwo je wyłapiecie (podpowiem wam, np. scena z płotem).

Jeśli porównam "dzieła" lat ubiegłych naszej polskiej kinematografii, to powiem wam, że Niścierow nie musi się swojego dziecka wstydzić. Jak na debiut fabularny, nie jest źle. Kandydatów do Węży 2014 tu nie widzę. "Kac Wawa" to to nie jest, więc wybranie się na ten obraz do kina będzie nie najgorszym pomysłem na weekendowy wieczór. Ale uprzedzam, że do "Kilera" się nie umywa.

 BANKIET

Jeszcze na koniec szepnę wam słówko o popremierowym bankiecie. Przy lampeczce wina można było porozmawiać z aktorami i twórcami filmu. Między nami krążyli fotoreporterzy oraz polujące na role dziunie. Tak dziunie, bo ciężko nazwać wytapirowaną farbowaną blond "piękność" z silikonowymi krwiście czerwonymi ustami, przez które kojarzyła mi się z akwariowym glonojadem. Dziewczę wyróżniało się z pośród pozostałych panien niezwykle krótką sukienką oraz zezem rozbieżnym. Widać było, że marzy o karierze na miarę Natalii Siwiec, fotografując się niemal ze wszystkimi na sali. Niestety moja droga, bez  pokazania cycków nie masz szans w polskim szołbiznesie. Ale jeszcze wszystko przed tobą.

Wybaczcie jakość. Lustrzanki jeszcze się nie dorobiłam

Drodzy państwo na tym kończę mą relację z tego wydarzania na miarę naszego polskiego podwórka. Lansik był, fejm będzie. Premiera filmu już w najbliższy piątek. Jeśli nie chcecie bulić za bilet 3 dyszek od łebka, wybierzcie się na niego w jakiś wtorek czy środę (tańsze bilety w Multikinie i Cinema City). Trzymajcie się. 

Ps. Pisanie komentarzy nie jest obłożone karą. Serio, serio. Zostawcie więc po sobie ślad.
Categories: ,

2 komentarze:

  1. "Etykiety: kultura"...
    Mówi się o "kulturach prymitywnych", więc "szołbiznes" chyba by się łapał? ;-)
    Jak zwykle fajnie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nadmiar zakładek rodzi chaos, ale faktycznie "szołbiznes" byłby tu adekwatniejszy. A co mi tam, dodam! :)

    OdpowiedzUsuń